AlterFest

Wojaże #1: Małe-wielkie festiwale, czyli o AlterFeście słów kilka (i kilka więcej)

12 czerwca



Mam tym razem, Szanowni, opóźnienie wyjątkowe nawet w swoim własnym, dość elastycznym mniemaniu. Bo przecież można później tydzień, dwa, ale tak się ładnie składa, że z chwilą, gdy siadam do klawiatury, od wydarzenia o którym będę pisać mija równo miesiąc. I mogłabym się tłumaczyć, żałować, przepraszać, ale to nie o tym tekst, bo tekst jest o całkiem wyjątkowym festiwalu muzycznym. Tak tak, byłam na festiwalu muzycznym. W Mysłowicach.

Byłabym bardzo, bardzo zaskoczona, gdyby Mysłowice kojarzyły Wam się z czymkolwiek innym, niż zespół Myslovitz (choć jedna z moich korespondencyjnych koleżanek łączyła to miasto nietypowo - z dość brzydką galerią handlową). Jeśli mieszkacie na Śląsku, być może kojarzycie, że gdzieś obok Katowic jest taka mieścina, do której się nie jeździ, bo i nie ma po co (chyba, że się tam mieszka). Otóż, zaskoczenie - jest po co. Po AlterFest.

Zagapiłam się nieco; okazuje się, że to cudne, małe wydarzenie muzyczne mamy w mieście już od roku 2012, a ja dotarłam na nie po raz pierwszy dopiero teraz, czyli pięć edycji festiwalu przeszło mi koło nosa. Na swoją obronę mam niewiele, głównie to, że AlterFest jest tak alter, że z dziesięciu wykonawców, którzy zagrali na nim w tym roku, kojarzyłam aż dwóch, a z zasady nie zdarza mi się chodzić na koncerty nieznajomych. A szkoda!

Przede wszystkim - miejsce. Od zeszłego roku AlterFest odbywa się w mysłowickim kościele ewangelickim i trudno byłoby znaleźć na taką muzykę lepsze miejsce. Zamiast zarzucić Was teraz wysokiej jakości zdjęciami tej świątyni muzyki i nie tylko (ponieważ nie mam takich zdjęć, a Wy macie internet), wolę napisać po prostu - cudo. Kolorowy witraż, wielki żyrandol i akustyka kościelna, czyli że - wspaniała. A do tego wszystkiego muzyka nie mniej wspaniała. Jako, że o zabytkach architektury sakralnej mogę jeszcze pisać, a o muzyce nie umiem zupełnie, po prostu zostawiam Was tu z tym:








Spędziłam na AlterFeście dwa cudne wieczory i na pewno w przyszłym roku wrócę na kolejne dwa, a potem może na jeszcze. Bo okazuje się, że nawet w takich małych, niepozornych miastach, jak te moje Mysłowice może się dziać dużo dobrego i ciekawego. Więc jeśli całkiem przypadkiem mieszkacie gdzieś blisko, albo przynajmniej niezupełnie daleko i macie ochotę rzucić się na nieznane wody muzyczne, w imieniu swoim i Mysłowicach zapraszam - wpadnijcie do nas za jakieś (już) 11 miesięcy. Posłuchamy sobie muzyki. W kościele.

To jest być może pierwsza część cyklu wyjściowo-wyjazdowego. Być może.

hippisi

Raj utracony - „Arkadia” Lauren Groff

25 kwietnia



Powieść Lauren Groff. O hippisach. Szczerze wątpię, czy jest coś, co opróżniłoby mój portfel równie szybko. Bo muszę się Wam do czegoś przyznać, najlepiej już na wstępie - zakochałam się w stylu autorki Fatum i furii nieprzytomnie, do tego stopnia, że brałabym w ciemno czegokolwiek by nie napisała, a Arkadia tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że słusznie czynię. Więc jeśli po obiektywizm - nie tędy, to będzie recenzja w stu procentach subiektywna, zresztą chyba o to w tym recenzowaniu chodzi, prawda?

austriacka

Wielkie nadzieje - „Całe życie” Roberta Seethalera

23 kwietnia


Jest jeden zasadniczy problem z promowaniem książki jako wyjątkowej, zaskakującej, niesamowitej, ponadczasowej i tak dalej - podbija się w ten sposób oczekiwania. I może to zadziałać w dwie strony; albo przeczytawszy książkę uznamy ją z automatu za arcydzieło, bo na to właśnie byliśmy przygotowani, albo będziemy czuli się z lekka oszukani bo dostaniemy coś, co nie jest złe, może nawet jest dobre całkiem, ale w naszej opinii wcale nie takie wyjątkowe. Osobiście ostatnio częściej mam do czynienia z tą drugą, mniej przyjemną stroną dwusiecznego miecza marketingu książkowego, przy okazji lektury Całego życia - niestety raz jeszcze.

Popularności